Filmaster

your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Najjaśniej jest przed zmrokiem

Na początku najnowszego filmu Michaela Winterbottoma pojawia się sunący przez pustynię samochód głównego bohatera, zastępcy szeryfa. Z offu słychać charakterystyczny, łamiący się głos Caseya Afflecka, opowiadający o dobrze wychowanych mieszkańcach amerykańskiej prowincji lat 40. „Tutaj nawet policjant grzecznie przeprosi, zanim spróbuje cię zaaresztować”. Wydaje się, że po tych słowach musi nastąpić jakieś „ale”, zapowiadające, że zaraz przyzwoitość tych ludzi zostanie zweryfikowana, a ich ukryte zło – obnażone. Nic bardziej mylnego.

Dla czarnego kryminału charakterystyczny jest schemat konfliktu pomiędzy głównym bohaterem a jego otoczeniem. Protagonista ma zasady. Gdzieś w nim tkwi porządny człowiek. Nie okazuje tego jednak zbyt często, na pozór do świętych nie należy. Takie zachowanie wymusza na nim środowisko, w którym się obraca – skorumpowani gliniarze, drobni przestępcy, bezwzględni prywatni detektywi… W końcu przychodzi jednak moment, kiedy kręgosłup moralny zaczyna przypominać o swoim istnieniu i dawać się sumieniu we znaki. Otoczenie, delikatnie ujmując, nie przyjmuje wtedy tego zbyt dobrze.

The Killer Inside Me odwraca role w tym konflikcie – spaczoną postać umieszcza w praworządnej społeczności. Lou Ford, główny bohater filmu, pozornie przejmuje małomiasteczkowe wartości wyznawane przez mieszkańców teksańskiego Central City – na tej samej zasadzie, która typowemu protagoniście czarnego kryminału każe wtopić się w tłum bandziorów. W przypadku Forda analogia do przysłowiowego wilka w owczej skórze nasuwa się sama; jednak nie jest do końca trafna. Jeśli więc mieszkańcy miasteczka są tym stadem owiec, to takim, które nie raz już było strzyżone i dobrze potrafi sobie radzić w rzeczywistości swojej zagrody. I pośród nich nie ma żadnego wilka. Te drapieżniki polują na zwierzęta dużo większe i silniejsze od nich samych – w przeciwieństwie do kojotów, zadowalających się wszystkim, co słabsze i mniejsze. Lou Ford jest jak owca, która w dzieciństwie podpatrzyła, jak pożywiają się kojoty i uwierzyła, że jest jednym z nich.

Ford brawurowo zagrany przez Caseya Afflecka, jest jedną z bardziej niepokojących postaci, jakie pojawiły się w najnowszej historii kina. Konstrukcja bohatera jest dość prosta – opiera się na sprawdzonych i jednocześnie prawdopodobnych schematach skrzywionego dzieciństwa połączonego z fascynacją przemocą na tle seksualnym. Mocny jest kontrast między zachowaniem postaci a chłopięcą fizjonomią aktora i mazgajowatym głosem, którym snuje pierwszoosobową narrację. Inni bohaterowie to gra z konwencją noir. Albo są przeciwieństwami utartych w niej schematów – prostolinijni i nieskorumpowani stróże prawa czy prostytutka (grana przez Jessicę Albę), która zamiast femme fatale, jest zwykłą, szukającą miłości dziewczyną – albo ich karykaturami – na przykład do granic absurdu trzęsący miasteczkiem lokalny bogacz i jego rozpieszczony syn mięczak. Szczytem przerysowania jest rozgadany, bezczelny i przerażająco skuteczny adwokat szarlatan, świetnie zagrany przez Billa Pullmana. Epizodyczna postać prawnika, ostentacyjnie podkreślającego swój brak wykształcenia i przygotowania do zawodu, pięknie wyśmiewa często spotykanych w kryminałach adwokatów papugi, załatwiających każdą sprawę swojego klienta tylko za pomocą krzyku.

Winterbottom rozprawia się z estetyką noir, posługując się nie tylko relacją głównego bohatera z jego otoczeniem. Dla większości filmu zrezygnował zarówno z nadmiernej stylizacji, jak i z charakterystycznych dla niego ujęć imitujących zdjęcia filmu dokumentalnego. Postawił na klasyczne prowadzenie kamery, przywodzące na myśl kryminały z lat 40. i 50., robiąc wyjątek jedynie dla scen przemocy. Zapalające w głowie lampkę z napisem „Haneke”, naturalistyczne i bardzo długie sekwencje bicia, maltretowania czy brutalnego seksu służą konkretnemu celowi. Czarny kryminał nie może obyć się bez przemocy, jest ona jego integralną częścią. Do tego stopnia, że można ją traktować jak litry krwi wylewane w filmach gore. Przemoc zostaje tym samym sprowadzona do jednego z elementów gatunkowej estetyki, przestaje robić wrażenie. Tymczasem Winterbottom, eksponując w swoim filmie okrucieństwo, wyjmuje je z cudzysłowu, który nakłada na nie konwencja.

Opowieść wyrwana jest z banału, długo nie może wydostać się z pamięci – co mocno kontrastuje z tym, jak się nazywa. Tytuł to sprytna zabawa. „Morderca we mnie” brzmi jak napis na okładce pulpowej, wydrukowanej na papierze toaletowym powiastki o policjantach i złodziejach. Takiej, jaką można kupić od babci sprzedającej na dworcu książki z polowego łóżka i którą bez żalu zostawić po przeczytaniu w przedziale kolejowym. Co ciekawe, do zwykłej pulpy daleko jest też literackiemu pierwowzorowi filmu. Napisał go Jim Thompson, nazywany „Dostojewskim z taniej księgarni”, klasyk czarnego kryminału, którego powieści bardzo chętnie przenoszono na wielki ekran. Na podstawie jednej z nich powstała słynna Ucieczka gangstera Sama Peckinpaha ze Stevem McQueenem w roli głównej, inna posłużyła za podstawę dla świetnie przyjętych The Grifters Stephena Frearsa (The Killer Inside Me również doczekał się adaptacji, której dokonał Burt Kennedy, obsadzając w roli Lou Forda Stacy’ego Keacha). Jim Thompson generalnie miał silne związki z filmem – przez pewien czas pracował jako scenarzysta filmów telewizyjnych, współtworzył też skrypty do Paths of Glory i The Killing Stanleya Kubricka. Ten zresztą bardzo chwalił powieść The Killer Inside Me, nazywając ją „najbardziej wiarygodną i wywołującą dreszcze historią opowiadaną z punktu widzenia kryminalisty, jaką kiedykolwiek przeczytał”.

Esencją The Killer Inside Me są sceny, w których reżyser podsuwa wskazówki do interpretacji w szerszym kontekście, a nawet łamie czwartą ścianę. Właściwie już w finale opowieści Lou Ford mówi do policjanta: “A tobie nawet nie napisali żadnej kwestii”. Ten faktycznie nie odzywał się przez cały film i nie robi tego dalej, w odpowiedzi patrząc tylko ze zdziwieniem; podobnie jak Truman dowiadujący się o Truman Show. W innej scenie przełożony głównego bohatera po paru głębszych przekręca stare powiedzenie, mówiąc, że “najjaśniej jest przed zmrokiem”. Lou go poprawia – tak się nie mówi, jest dokładnie na odwrót. Słysząc o odwrotności, stary szeryf zaczyna się śmiać. Do końca nie daje się przekonać, powtarzając swoją wersję kilka razy z pobłażliwym uśmiechem. Jakby jako jedyny wśród bohaterów wiedział, jak i po co rozpisano role w tym dramacie.

Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby The Killer Inside Me oglądać po prostu jako zwykły kryminalny thriller. Dzięki perfekcyjnej realizacji, trzymającemu w napięciu scenariuszowi i bardzo dobremu aktorstwu, na tym poziomie interpretacji film broni się znakomicie. Można jednak spojrzeć na niego w szerszym kontekście, przez pryzmat całego gatunku, do którego należy. Dopiero wtedy odkrywa się wszystkie smaki dzieła Winterbottoma.

Tekst ukazał się również w serwisie kaseta.org

jarou Łukasz Jarząbek

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook