Bój się bogobojnych
Nowy film Kevina Smitha jest trochę jak mecz piłki nożnej w najniższej klasie rozgrywek. Obydwa widowiska trwają około 90 minut, są brutalne i maksymalnie nieprzewidywalnie.
Nie odgadniesz, jaki będzie wynik i czy w ogóle będzie, czy jednak sędzia przerwie mecz. Może być rodzinnie i sielsko, ale piłka lubi też czasami się przebić, nogi krwawo połamać, bramki przewrócić, boisko włączyć silniki rakietowe i odlecieć w kosmos. Nic nie jest takie, jakie być powinno — ale niekiedy na sam koniec okazuje się, że taki mecz mówi więcej o esencji biegania za piłką niż spotkania na szczycie ekstraklasy. Smith podchodzi do tematyki religijnego fanatyzmu mniej więcej w podobny sposób, co B-klasowi piłkarze do realizacji idei futbolu. Czyli po prostu robi to po swojemu.
„Red State” wymyka się jednoznacznej klasyfikacji gatunkowej. Sporo elementów łączy go z survival horrorem. W funkcji żądnych wrażeń nastolatków pojawiają się żądni wrażeń nastolatkowie, funkcję prowincjonalnego odludzia pełni prowincjonalne odludzie, natomiast rolę bezwględnego mordercy przejmuje guru fanatycznego ruchu religijnego wraz ze swoją trzódką.
Do tego dochodzą elementy quasi-komediowe, dramatyczne i inne — po jakimś czasie odchodzi nawet ochota na kolejne próby ich klasyfikacji. Skoki od jednej estetyki do drugiej przeszkadzają, zgrzytają jak kamień wbity w podeszwę buta podczas biegu po asfalcie. Kolejne minuty mijają i dalej nie wiadomo, w co i na jakich zasadach się tu bawimy. Kiedy w końcu decydujesz, czy brać film na poważnie, czy może jednak na tosiępośmiejmy, nagle pojawia się scena, przez którą cały proces dostrajania startuje od nowa. Mało tego, fabularnie wszystko trzyma w kupie dość specyficzna, przejarana logika wydarzeń.
Najlepsze, że cały ten bigos nie smakuje źle. Karkołomne związki przyczynowo-skutkowe, które narodziły się w głowie Smitha podczas pisania scenariusza, owocują takimi zwrotami akcji, że za cholerę nie wiadomo, czego spodziewać się w następnej scenie, przez co automatycznie film zyskuje na napięciu. Okazuje się też, że cała ta logika po blancie to w dalszym ciągu logika — i chociaż pewne rozwiązania sprawiają, że na początku krzywisz się i wołasz „cooooo”, to jednak po chwili mówisz „ej, no w sumie” i zaczynasz je akceptować.
Ze wszystkich części składowych fabuły, najlepiej wypada to, czego jest najwięcej, czyli straszenie religijnym fanatyzmem i eksplorowanie jego konsekwencji — przede wszystkim paranoicznego lęku przed boską karą. Dobrze spisują się aktorzy, chociaż tradycyjnie od młodzieży lepsza jest stara gwardia: Michael Parks jako guru, Melissa Leo jako jego wyznawczyni oraz najlepszy z nich wszystkich John Goodman w roli agenta FBI. Zwierciadłem dla brudnej i chaotycznej treści jest forma filmu. „Red State” wygląda tak, jakby zamiast taśmy w kamerze był stary pasek klinowy, a montażu dokonał w stodole na pniaku jakiś szaleniec z siekierą, której nawet nie chciało mu się dobrze wytrzeć z krwi.
Próba oceny filmu Smitha to stanie pomiędzy wielkimi napisami FTW i WTF. Mnie w tym, że koniec końców jestem za, utwierdziło dopiero zakończenie. Kulminacyjne sceny to esencja „Red State”, koncentrat ze wszystkiego, co przez prawie półtorej godziny działo się na ekranie. Tak naprawdę jednak opinia o filmie pojawia się wcześniej, końcówka jedynie wyciąga ją na wierzch. Ku twojemu mniejszemu lub większemu zaskoczeniu.
Spróbuj więc bigosu, który według bardzo własnego przepisu ugotował Kevin Smith i przekonaj się, czy odpowiada ci taka ilość dodatków-niespodzianek. I żeby na sam koniec dołożyć więcej kwaśnej kapusty do garnka — reżyser początkowo planował zupełnie inne zakończenie (http://bit.ly/sQdowS, są spoilery), kompletnie zmieniające wymowę filmu.
(Tekst ukazał się też na kaseta.org)
doktor_pueblo
Nowy film Kevina Smitha będzie na American Film Festival, ale nie przekonałeś mnie, żeby się na niego wybrać. Nigdy nie byłem wielkim fanem KS, więc skoro to góra średni film, to moja motywacja spadła praktycznie do zera.
tangerine
Cały czas się waham czy iść na ten film... Normalnie nie wiem... Z opisu wygląda na nieudaną próbę stworzenia filmu podobnego do Urodzonych morderców...
doktor_pueblo
Podejrzewam, że jeśli nawet nie będzie go w dystrybucji kinowej, to przynajmniej na dvd się w Polsce pojawi (Kevin Smith jest dość popularny), więc chyba nie jest to projekcja obowiązkowa w czasie AFF.
jarou
Taaa, tym bardziej, że na AFF będzie dużo ciekawszych i jednocześnie pewniejszych propozycji. "Red State" to spora niewiadoma - mógłbym znać kogoś milion lat i nie być w stanie stwierdzić, czy wejdzie to temu komuś, czy nie. Do sprawdzenia w domowym zaciszu - pewnie, sprawdź, ale na AFF-ie szkoda na to czasu. (A ostatni akapit spieprzyłem, jak teraz patrzę na to.)
"Nieudaną próbę"
Ale tu mam problem. Nie mogę twardo nazwać tego filmu nieudanym, nie mogę go nazwać udanym. Koniec końców stwierdziłem, że mi się - z braku lepszego słowa - podobał, ale podobał w taki sposób, że musiałem tłumaczyć się sam przed sobą, dlaczego w ogóle mi to weszło. To dziwny film po prostu i ta dziwność nie dla każdego musi być zaletą.
"Urodzonych Morderców"
Nie, nie, bardzo daleko od siebie te filmy są. W tej chwili nie wiem z czym bym go skojarzył, ale z filmem Stone'a na pewno nie.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook